2/10/2017

Filipiny 2017 - cz. I - Manila i Panglao


   Hmm… no właśnie – tak muszę zacząć od wielkiego hmm…





   Wczoraj wróciłam z Filipin i oczywiście chcę spisać swoje wspomnienia i wrażenia, ale muszę to wszystko poukładać sobie w głowie bo z jednej strony były ochy i achy – z drugiej wielkie rozczarowanie. Można być rozczarowanym Filipinami? Można! Dlaczego tak się stało? Ano dlatego, że moje oczekiwania były ogromne!!! Ten wyjazd miał być pod każdym względem NAJ! Najdalej, najdłużej, najbardziej egzotycznie :) To przecież drugi koniec świata i jeśli kiedyś ktoś by mi powiedział, że tam polecę, roześmiałabym się głośno. Poza tym jak te Filipiny logistycznie ogarnąć? To wyspiarski kraj; samoloty, promy, autobusy, z moim angielskim nie jest najlepiej – nie dam rady!

   Zaczęłam czytać relacje ludzi, którzy już ten kraj odwiedzili, różne poradniki, szukałam podpowiedzi. I pojawiło się pierwsze hmm… może jednak dam radę? We wrześniu udało nam się kupić bilety lotnicze Warszawa – Manila w rewelacyjnej cenie 1600zł – linie China Southern. Nic nie wiedziałam, nie słyszałam o tym przewoźniku, ale cena kusiła. Pewnie, że wygodniej byłoby lecieć Qatarem czy Emirates, ale najważniejsze żeby jak najtaniej, ale i bezpiecznie dolecieć do celu. Obawy były, ale klamka zapadła – lecimy!
Zaczęło się misterne układanie planu podróży. Filipiny to 7000 wysp – które wziąć pod uwagę, które warto odwiedzić? Powolutku, ciągle jeszcze poprawiany plan zaczął układać się w całość. Było mi łatwiej bo zdecydowaliśmy się na wyjazd wspólnie ze znajomymi. Wieczory mijały nam więc przed komputerem z pootwieranymi stronami internetowymi. Chciałam Coron, chciałam Siargao…ale tam tylko jeden lot dziennie, muszą być żółwie, muszą być rajskie plaże, a może tarasy ryżowe na północy? Obowiązkowo pływanie z rekinami wielorybimi, obowiązkowo island hopping…ech…plan rodził się w bólach, ale w końcu był! :)
Pokażę teraz swój plan – nie był doskonały, ale gdyby wszystko poukładało się tak jak zaplanowałam byłoby ok. To był plan A – nie było planu B i to był błąd.

11.01 Popołudniowy wyjazd do Warszawy - Hotel Airport Okęcie
12.01 Przelot Warszawa – Manila
13.01 Przylot do Manili - Hotel Malayan Plaza
14.01 Przelot Manila – Tagbilaran – Hotel South Palms Resort Panglao
15.01 Panglao
16.01 Panglao / po długiej podróży postawiliśmy na czysty relaks czyli plażing i drinking/
17.01 Panglao – przeprowadzka do Hotelu Scent od Green Papaya
18.01 Panglao
19.01 Panglao
20.01 Panglao / w tym czasie chcieliśmy zobaczyć słynną plażę Alona, Czekoladowe Wzgórza, Tarsiery, popłynąć na rejs po rzece Loboc, przejść się po bambusowym moście w Tigbao, zjechać na zipp linie, popływać z rekinami wielorybimy w Oslob/
21.01 Prom Ocean Jet - Tagbilaran – Dumaquete + Siquijor - Hotel White Villas Resort
22.01 Siquijor
23.01 Siquijor
24.01 Siguijor - /w planach była kąpiel i skakanie przy wodospadzie, Salagdoong Beach, Paliton Beach, Old Enchanted Balete Tree, Tubod Marine Sanctuary, St Isidore de Labrador Church i podziwianie słynnych zachodów słońca/
25.01 Prom Ocean Jet - Siquijor – Dumaquete - Hotel Wellbeach Dive Resort
26.01 Wycieczka na Apo Island
27.01 Lot do Cebu /Cebu Pacific/ - Hotel Eloisa Royal Suites
28.01 Lot Cebu – ElNido /AirSwift/ - Hotel Greenviews Resort
29.01 ElNido
30.01 ElNido
31.01 ElNido
1.02   ElNido
2.02   ElNido /w czasie pobytu chcieliśmy popłynąć na toury A, B, C, zobaczyć Las Cabanias i Nacpan Beach/
3.02   Przejazd autobusem ElNido – Puerta Princesa - Hotel Dos Palmas Island Resort
4.02   Puerto Princesa
5.02   Puerto Princesa /odpoczynek na koniec podróży/
6.02   Przelot Puerto Princesa – Manila /AirAsia/ - Hotel Malayan Plaza
7.02   Przelot – Manila - Warszawa

   Tak wyglądał nasz plan, ułożony tak aby nasza podróż przebiegała spokojnie, bez pośpiechu.
Po jakimś czasie okazało się, że musimy zmienić dzień wylotu z Manili na dzień wcześniej lub dzień później. Postanowiliśmy zostać dłużej w Manili – szkoda tylko, że ta wiadomość dotarła do nas po wykupieniu wewnętrznych lotów, wolałabym dłużej zostać w Puerto Princesie niż kisić się w Manili.

   Na kilka dni przed wylotem /zupełnie przypadkowo/ zauważyliśmy, że Cebu Pacific odwołało nam lot z Dumaquete do Cebu. Linie lotnicze nie poinformowały nas o tym fakcie, nie przyszło żadne powiadomienie na maila – tak chyba nie powinno być. Do Cebu musimy się dostać inną drogą.

   Wracam do pisania J
Pełni wiary, że już za chwilę, już za momencik dotrzemy do jednego z najbardziej rajskich miejsc na świecie wyruszyliśmy do Warszawy. Zawsze zatrzymujemy się w hotelu Airport Okęcie, tym razem też nie było inaczej. Wieczór umilili nam forumowy Wojtas z żoną, którzy zabrali nas na kulinarną ucztę do hali Koszyki w Warszawie. Bardzo im dziękuję za przemiły wieczór J Potem jeszcze tradycyjny drink w hotelowym barze i lulu. O 4 rano musimy być już na lotnisku.


    Nasz lot obsługiwany był przez China Southern w połączeniu z KLM. Mimo wielu prób – nie udało się nam wcześniej odprawić – pozostało lotnisko. W automacie wyskoczyły karty pokładowe, szybko sprawdzam…o nie! Przez najdłuższy kawałek lotu z Amsterdamu do Guangzhou miejsca mamy w  środkowym rzędzie – szybka prośba do obsługującej odprawę pani i mamy miejsca przy oknie J Jest dobrze. Bagaże mamy nadane od razu do Manili. Lot KLM do Amsterdamu ok. Siedzenia bardzo wygodne, stewardesy starsze, ale przemiłe.

   W Amsterdamie czeka nas pierwszy 4 godzinny stop. Lotnisko jest ogromne, ale świetnie oznaczone. Obowiązkowe zdjęcia w filiżankach, troszkę buszowania po sklepach, po knajpkach i kolejny lot.



   Tym razem czeka nas prawie 12 godzinny lot do Guangzhou. Bardzo się obawialiśmy tego lotu…bo linie jakieś takie, bo długi lot…okazało się, ze wszystko było ok. Ekrany w fotelach, dwa posiłki, jakieś wino /co prawda mieli chyba tylko 3 butelki na cały samolot/, koce, poduszki…naprawdę było w porządku.

Kolejny stop prawie 2 godzinny i już jesteśmy w samolocie do Manili. Wszystko obyło się o czasie i nic nie wskazywało, że coś może być nie tak – wylądowaliśmy w Manili 13 stycznia w piątek :/





   Jesteśmy w Manili, która powitała nas duchotą i gorącem – tak przecież miało być :)
Od razu na lotnisku wymieniliśmy część pieniędzy – kurs – 49,12 peso za jednego $. Był to jeden z lepszych kursów.
Po wyjściu z lotniska szukaliśmy postoju taksówek BAY, ale nie znaleźliśmy. Tam działa mafia! Wszędzie chcieli za kurs do naszego hotelu 800 peso /za 4 osoby + bagaże/. Trudno – jedziemy, a po drodze obserwujemy to co na zewnątrz. Kierowaliśmy się do Hotelu Malayan Plaza w dzielnicy Makati - cena za noc 280zł.

   Manila to Filipiny, a Filipiny – świat kontrastów, bo to nie tylko turkusowe wody Coron, złote plaże wysp, przepiękne pola ryżowe północnego Luzonu. To też bieda, smutek, rozpacz i przeraźliwa walka o życie. Gdzieś wyczytałam, że na Filipinach mieszka obecnie około 104 milionów ludzi, z czego ok. 20 mln w Manili. Tondo – największe slumsy Manili, nie wiem czy przejeżdżaliśmy akurat przez te slumsy, ale aby ominąć największe korki nasz kierowca skręcił właśnie w takie uliczki. Początkowo siedziałam z nosem przyklejonym do szyby, szybko jednak oparłam się na siedzeniu – oglądanie świata za szybą nie należało do przyjemności. Brud, syf, smród i to nie tylko w tych najbiedniejszych dzielnicach.  /jak znajdę jakieś zdjęcia z tego przejazdu to uzupełnię bo nie mogę się odnaleźć - tyle ich jest ;) / Normą jest wyrzucanie śmieci gdzie popadnie, oddawanie moczu przy najbliższym murku. Nawet w Makati gdzie nocowaliśmy nie oddalaliśmy się zbytnio od naszego hotelu. Dzielnica bogatsza, biznesowa gdzie przez 24 godz/dobę trwają prace budowlane, a wieżowce powstają jak grzyby po deszczu. Podczas dnia spacerowanie nie należało do przyjemnych ze względu na temperaturę. Wieczorem natomiast chcąc przejść kawałek trzeba było przeciskać się przez tłumy ludzi i tysiące samochodów. Zresztą nasze wyjścia z hotelu spacerem nazwać nie można – przemykaliśmy tylko do najbliższego centrum handlowego na posiłek. W Manili spaliśmy jedną noc na początku oraz dwie na koniec podróży - wszystko przez przesunięty wylot o dzień później. Zdjęcia będą z obu pobytów.












   W każdym centrum handlowym najniższy poziom zajmowała jedna wielka jadłodajnia. Stoiska jeden obok drugiego oferowały ogrom różnorodnego jedzenia w bardzo przyjaznych dla nas cenach. Natomiast ceny w markowych sklepach odstraszały – nie wiem jak się te sklepy utrzymują, widać – na drogie produkty też popyt być musi.








   Zwróciłam też uwagę na dużą ilość strażników. Praktycznie przed każdym sklepem – większym czy mniejszym stał uzbrojony strażnik i każda osoba chcąca wejść do sklepu była szczegółowo sprawdzana. Jak można zauważyć - baaardzo eksponują swoją wiarę :)


   Manilę traktowaliśmy wyłącznie jako miejsce do przespania się, wybraliśmy hotel w dzielnicy Makati ze względu bezpieczeństwa - czy słusznie...nie mam pojęcia, ale hotel był ok. Śniadania na 33 piętrze, nawet smaczne. Na tym samym piętrze był też basen, z którego korzystaliśmy w drodze powrotnej.



   Zamówiliśmy busa na rano znowu za 800 peso na lotnisko.
I tu UWAGA! Korzystając z lotniska w Manili trzeba zawsze dokładnie sprawdzać z którego terminala odlatuje nasz samolot! Przylecieliśmy na lotnisko Internationale, a wylatywaliśmy do Tagbilaran z terminala 4 - Domestic.
Widząc jakie korki były na ulicach postanowiliśmy wyjechać odpowiednio wcześnie i tu zaskoczenie - dotarliśmy na lotnisko w niecałe pół godziny :) Mieliśmy sporo czasu do odlotu więc czekaliśmy pod chmurką



   A na lotnisku...tłum ludzi! Bardzo dużo lotów było odwołanych, ale nasz był o czasie :) Bilety kupowaliśmy wcześniej na stronie airasia.

   Coraz bliżej do naszego raju :D Jesteśmy już w Tagbilaran. Lotnisko maleńkie, mnóstwo naganiaczy - zamówiliśmy busa do hotelu za 500 peso.
Na początek i koniec naszej podróży zabookowaliśmy sobie hotele z wyższej półki. Na początek żeby odpocząć po długiej podróży i na koniec żeby do końca naładować akumulatory. Teraz jechaliśmy do South Palms Resort i pierwsze wrażenie WOW!!! Hotel rezerwowaliśmy przez ElMundo. Ewelina - bardzo dziękuję :)  Dostaliśmy drinka powitalnego, każdy na szyję ozdobę z liścia palmowego, ale na pokoje musieliśmy zaczekać. Duszno, gorąco...tylko gdzie jest słońce???

   Hotel naprawdę robi wrażenie - jest czyściutko, wszyscy byli przemili, wizualnie też nam się podobało. Chcieliśmy tam odpocząć, pobyczyć się - nie planowaliśmy w czasie pobytu tam żadnych wycieczek, tylko czysty relaks!










W końcu dostaliśmy nasze pokoje :)











    Każde zakupy na terenie hotelu /jedzenie i picie/ wpisywane było na nasz rachunek, który regulowało się na koniec pobytu. A było co regulować :/ - ceny w hotelu wysokie, np. piwo 110 peso, cola 110, drinki po ok. 250 peso. Regulacja rachunku na koniec pobytu była we wszystkich hotelach, w których byliśmy. Codziennie w określonych godzinach hotelowy jeepney zawoził i odbierał gości hotelowych na plażę Alona. Podróż trwała 10-15 min., ostatni kurs powrotny o 20.20. Oczywiście nie było problemu z późniejszym powrotem - łapało się tricykla i za 100 peso można było wrócić do hotelu. Poza jedną kolacją właśnie tam chodziliśmy wieczorami.
   W hotelu są dwa baseny, dosyć sporo leżaków i legendarnych łóżek przy willach.
Sam hotel piękny, piękna plaża, ale totalny brak słońca! Większość zdjęć z tego hotelu było robionych w pochmurne dni.
















    Następnego dnia otwieramy oczy i pierwsze co - jaka pogoda? Ten rytuał będzie nam towarzyszył każdego dnia ;)
Jest słońce!!! Nie takie pełne, ale zawsze coś :D Lecimy na plażę, a potem na basen









   Niby słońce jest, ale w oddali znowu coś zaczyna się dziać.
Słynne łoże przy willach :)





I mnóóóstwo hamaków :)))















Przed wejściem do basenu koniecznie trzeba opłukać nogi ;)






Prawda, że w słońcu świat od razu piękniej wygląda? ;)

Hehe...królowie na San Escobar :))))


    Wieczorem wybieramy się na słynną Alona Beach 😊 Zabieramy się oczywiście hotelowym jeepneyem


    Wysiadamy z samochodu tuż przy wejściu na plażę, a tam...tłum ludzi!!! 😮 Porozstawiane stoliki, unoszący się dym ze stoisk z grilami, muzyka...ok, na kolację, na wieczór może być, ale jeśli miałabym mieszkać w takim miejscu to na pewno byłyby nici z wypoczynku







    Ceny w knajpkach nie sa wygórowane i każdy znajdzie coś dla siebie 😊 Trzeba przygotować się na żebrzące, śpiewające czy grające na mandolinach dzieci. Nie są nachalne, ale wystarczy usiąść przy stoliku, a dzieci od razu podchodzą.
Na plaży można też pooglądać "fire menów" 😋





takie jedzonko serwowali


hehe...a teraz taka ciekawostka z publicznej toalety 😲


    Jak zobaczyłam ten znak to zaczęłam się śmiać...nie no...niemożliwe...a jednak! Kiedyś w jakiejś toalecie widziałam ślady butów na desce 😶

I wracamy do siebie



Kolejny dzień, skok do okna...NIEEEE!!! Leje!!!






Niestety - parasolki, które mieliśmy w pokojach były w użyciu 😓 Niektórym deszcz jednak nie przeszkadzał



Padało cały dzień, z krótkimi przerwami 😦


Nie było wyjścia...trzeba było uruchomić zapasy % 😋


Wieczorem byliśmy umówieni na Alona z Malarią 😊 Co tam deszcz...ekipa była super! i śmiechu było co niemiara.  Wklejam zdjęcie po uzyskaniu zgody


Spotkanie było super! Ale pogoda niestety...


    Następnego dnia zmienialiśmy już hotel. Pogoda pokrzyżowała nam plany - zapłaciliśmy /dla mnie/ duże pieniądze za South, a mieliśmy tylko jeden dzień ze słońcem 😢 No trudno... nadzieja na słońce jeszcze była. Wkleję jeszcze kilka takich luźnych zdjęć z terenu hotelu

















Na drugi basen prowadzi taka klimatyczna alejka








Po terenie hotelu można jeździć rowerami




    W Hotelu South Palms Resort bawiliśmy przez 3 noce - na tyle tylko mogłam sobie pozwolić. Jak pisałam na początu - na te dni nie planowaliśmy żadnego zwiedzania /poza hotelem oczywiście/ Miał być relaks i był - to nic, że słoneczko nam się zbuntowało - odpoczywaliśmy wtedy na tarasie :)

    Kolejny dzień...leje! Zamówiliśmy hotelowego busa za 600 peso /na 4 osoby/, który po godz. 12 odwiózł nas do Hotelu Scent Of Green Papaya Resort. Pierwsze wrażenie...matko! Gdzie my jedziemy??? Nasz elegancki, czyściutki samochodzik skręcił w szutrową, zabłoconą dróżkę...zaraz lusterka pogubi!!! Bajzel, śmieci na drodze, kury, koguty, kozy!!!
W końcu podjechaliśmy pod jakieś ogrodzenie...nasz kierowca, w pięknym, różowiutkim uniformie, w śnieżnobiałych butach...  nijak pasował do tego otoczenia. Wysiadł jednak godnie, powyciągał bagaże, pomachaliśmy sobie  - ok, zaczynamy kolejny etap :)))

   Przechodzimy przez bramę...hmm...fajnie! Czysto, schludnie, uśmiechnięci ludzie - podoba mi się!




Pokoje dostajemy "na pięterku"














    Hotelik bardzo przyjemny! A kuchnia...NIEBO W GĘBIE!!! Już w żadnym innym miejscu nie jedliśmy tak smacznie przygotowanych potraw jak tam. Mieć takiego kucharza to skarb! Każda potrawa jaką zamówiliśmy była przepyszna! Może ma tu jakieś znaczenie to, że właścicielem hotelu jest Francuz :)
Do plaży Alona nie było daleko - spokojnie można przejść się spacerkiem, ale jeśli ktoś nie ma ochoty na obcowanie np. z kozami 😊 hotelowy busik odwiezie za free

    Codziennie wieczorem zamawialiśmy śniadanie na następny dzień - było 5 opcji do wyboru. Oczywiście same śniadania nie umywały się do tych z South Palms.



I inne potrawy




Pokażę Wam jeszcze dróżkę, którą chodziliśmy na plażę - nie było innej drogi


Ten kawałek drogi był już "porządny" ;) wcześniej było jedno wielkie błoto, ale zdjęcia nie mam.

A odnośnie tego zdjęcia znajomy zadał mi pytanie: co było pierwsze: brama czy drzewo? ;) Wcześniej nawet nie zauważyłam :)))


I wspomniane kózki





    Kolejny dzień...leje! 😓 A przecież miały być piękne czekoladowe wzgórza... a jak ja tarsierki wypatrzę w tym deszczu??? Nie ma odwrotu - jedziemy. Czasem między chmurami nieśmiało wygląda słońce, ale w ciągu dnia robi się coraz bardziej ponuro, deszcz czasem aż zacina, jest zimno!
No jak na Filipinach może być zimno?! 😭

Moje Czekoladowe Wzgórza w "pięknej" mgle 😩








I zmokła kura 😊


    Patrząc na te wzgórza, nawet w tej paskudnej mgle natura udowadnia nam, że jest najlepszym artystą 😊 Mieszkańcy uśmiechają się pod nosem na takie stwierdzenie gdyż mają swoją teorię na ten temat, własne legendy. 
To chyba ok. 1000 pagórków wyrastających z płaskiej powierzchni, można je zobaczyć tylko w tym miejscu. Jestem tutaj, stoję przed nimi, a deszcz zalewa mi oczy 😓 Byłam tam naprawdę załamana pogodą. Marzyło mi się zrobienie pięknego zdjęcia... a wtedy myślałam żeby jak najszybciej dotrzeć do samochodu.
O wzgórzach mówi się, że są czekoladowe, ale taką barwę przybierają tylko w porze suchej. Po ulewnych deszczach stają się zielone. Hmm...widać, że są zielone, a to przecież pora sucha...podobno!

Kolejnym punktem programu były maleńkie tarsiery. Deszcz oczywiście leje nadal.



    Pracownicy rozdawali nam maleńkie parasolki. W jednej ręce parasol, w drugiej aparat - no jak robić zdjęcia??? A one są takie maleńkie...


    Ten Park nie zajmuje wiele miejsca, chodzi się po wytyczonych ścieżkach, co kilka metrów stoi pracownik i wskazuje gdzie, na jakiej gałęzi maluch siedzi. Oczywiście wszystkie siedziały pod liśćmi i ciężko było je złapać aparatem.




Wyraźniejszego zdjęcia tych maleńkich zwierzątek z wielkimi, wyłupiastymi oczami nie mam 😡

   Potem popłynęliśmy na rejs po rzece Loboc. Kupuje się bilet, wsiada na dużą barkę, zasiada za stołem i... muzyka gra na żywo, dziewczyna śpiewa, jedzonko się dymi z różnych półmisków, garnków - jest przyjemnie! No i jest dach nad głową po dalej pada - już lżej, ale jednak.





I widoki po drodze












    Po drodze zatrzymaliśmy się na chwilkę przy platformie, na której zespół miejscowych dzieci i dorosłych śpiewał i tańczył


   Po rejsie mieliśmy przejść się po bambusowym moście...mieliśmy, gdyż most zamknęli!  Za mocno padało i było ślisko

   Dojechaliśmy do słynnego miejsca, w którym za 350 peso można zjechać na linie ok. 500m na wysokości ponad 100m nad rzeką Loboc. Zjazd w obie strony




Ludzie zjeżdżają...ja się boję




Znajoma zjechała......a ja się dalej boję


   I tak stoję jak ta ciućma, przestępuję z nogi na nogę...kurcze - jadę! Położyłam plecak i....linę zamknęli!!! Za mocno padało 😭😭😭
   No i tak minął nam dzień - w deszczu, z ogromnym uczuciem niedosytu! Wieczorem już przestało padać, spędziliśmy trochę czasu w basenie, zjedlismy przepyszną kolację w hotelu i znowu zaczęło lać! I tak przez całą noc! Ech...zaczęłam tracić nadzieję...

   Byłam załamana pogodą, Filipinami ogólnie. Czekałam na raj, a na razie było baaardzo średnio.
To dopiero pierwszy tydzień, a już tyle atrakcji mi odpadło - powtórzenia wycieczek już nie będzie, nie da się /poza zipp liną 😏 / Jeszcze trochę czasu jednak mieliśmy tam spędzić i cały czas w duszy liczyłam, że słonko dla nas zaświeci. Codziennie obserwowaliśmy pogodową mapę satelitarną i widzieliśmy to kłębowisko chmur nad Panglao - tymczasem na Palawanie było słonecznie 😊 Już się doczekać nie mogłam żeby tam dotrzeć.

    Dowiedzieliśmy się, że ze względu na te deszcze i wiatry mnóstwo wycieczek wodnych było odwołanych. Pojawiły się plotki o zatonięciu jakiegoś promu. Firmy nie dostawały zezwolenia od władz. Hmm...to jak dotrzemy na rekiny? Zapanowaliśmy rejs do Oslob na rekinki właśnie z Panglao. Podeszliśmy do punktu, w którym sprzedają wycieczki, ale odeszliśmy z kwitkiem. Uprzejma pani powiedziała, że musimy przyjść rano i wtedy się okaże czy uda się wypłynąć. Potem rozmawialiśmy o tym z przesympatyczną panią z naszego hotelu, która zaproponowała pomoc. Gdzieś podzwoniła i okazało się, że wycieczkę mamy zaklepaną 😤 YESSS!!! Może chociaż z tymi rybkami uda mi się popływać 😊
    O 6 rano wyjechaliśmy z hotelu na nabrzeże /bo portem to tego nazwać nie można/  Szliśmy między jakimiś budynkami, zakamarkami...wyszliśmy na śmierdzącą, brudną plażę..tam zapłaciliśmy chłopakowi /chyba po 700 peso/ musieliśmy wejść do wody żeby dostać się do bangki. W wodzie był taki muł, że mało butów nie pogubiłam -normalnie je zasysało! 😮 Tą bangką podpłynęliśmy do większej - boszzzz...jaka krypa!!! Czy ta nasza wycieczka jest na pewno legalna??? 😮😮😮
Usiedliśmy...Kuźwa!!! Świeżo malowane!!! Pokazujemy załodze nasze pomazane ciuchy, torby...ok, no problem - dali nam kapoki pod tyłek 😶 Nic się przecież nie stało...


   Nie mam zdjęć z tego rejsu, akurat wszystko kręciliśmy kamerką. Płynęliśmy na pewno ponad 2 godziny, a morze naprawdę było wzburzone! Zbliżamy się do wyspy Cebu.


    Musieliśmy oczywiście znowu wyjść bezpośrednio do wody. Na brzegu czekali na nas już tricyklowcy, z którymi pojechaliśmy ok. 15 min do miejsca, w którym pływa się z rekinami. Hehe...zapakowaliśmy się do jednego w czwórkę


Ja siedziałam z tyłu, a Malginia za kierowcą na motorku




   Widać, że warto do Oslob przyjechać na troszkę dłużej i połazić po okolicy - jest co oglądać 😊

Docieramy do rekinów...widzicie tych wszystkich ludzi??? Tak jak my - też chcą sobie z nimi popływać


   Po lewej stronie jest takie dosyć duże zadaszenie i tam to dopiero były tłumy!!!

   Czekamy na swoją kolej - na łódź wsiada się po kilka osób. Jednocześnie w morzu było chyba ze 20 łodzi z turystami, obowiązkowo ubranymi w kapoki. Na kilku mniejszych łódkach siedzieli tubylcy, którzy po troszeczku, praktycznie bezpośrednio do pyska rekinów wlewali...coś śmierdzacego 😮 Wyglądało to tak jakby rekiny im jadły z ręki



   Pora wskoczyć do wody. Fale bujają, ludzi zatrzęsienie - trzeba uważać żeby nie dostać w głowę czyjąś płetwą czy płozą z bangki.



   SĄ!!!!!!!!!!  😆😆😆







   Mąż się wkurzył, zdjął kapok i wtedy dopiero mógł swobodnie poplywać




   W pewnym momencie rekin był tak bardzo blisko, że trzeba było szybko odpłynąć żeby się z nim nie zderzyć






   Z rekinami pływa się 30 min. Potem powrót tricyklami do nabrzeża i powrót. Fale były coraz większe, na horyzoncie widzieliśmy czarne chmury i ulewę. Ojej...płynęliśmy naprawdę z duszą na ramieniu, a jak jeszcze zobaczyłam jak nasz "kapitan" się przeżegnał...raz, drugi, potem trzeci...zawał murowany 😳
Uciekaliśmy przed tym deszczem i szczęśliwie dopłynęliśmy do Panglao

   Nie potrafię sobie w myślach poukładać tego pływania. Z jednej strony doświadczenie super bo te rekiny są naprawdę ogromne i pewnie juz nigdy nie będę pływać i obserwować takich wodnych olbrzymów, ale cała ta otoczka, te tłumy ludzi, ta "sztuczność" miesza mi w głowie. Byłam, ale drugi raz bym tego nie powtórzyła.

   Mimo takiej nijakiej pogody spiekliśmy się tego dnia, w ruch poszły balsamy. Wieczorem oczywiście tradycyjnie lało, a my kupiliśmy bilety na prom Ocean Jet do Siquijor przez Dumaguete. Bilety kupowaliśmy przez hotel i zapłaciliśmy po 1010 peso. Gdybyśmy kupowali sami to do Dumaquete kosztuje 700 a potem do Siquijor 210 peso więc hotel na jednym bilecie zarabiał tylko 100 peso.

Nasze dalsze przygody opiszę w cześci II 😊

8 komentarzy:

  1. Pięknie i szczegolowo opisane. Czuję się jakbym tam była z Wamitak dokładnie opisujesz Kolciu. Szkoda ze pogoda trafila sie Wam taka kiepska.Dziękuję i juz nie mogę się doczekać kolejnej części. Bepi

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki Bepi :))) Jutro zacznę pisać i będzie więcej słońca!!!

      Usuń
  2. No te rekiny w Oslob, to faktycznie wątpliwa atrakcja. Ale żeby to stwierdzić, trzeba niestety samemu to zobaczyć ...
    A na pogodę nie ma rady, albo jest albo jej nie ma ...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Drugi raz bym nie popłynęła, ale byłam tam...widziałam to, byłam blisko nich :))) wrażenia niesamowite! A z tą pogodą...no pecha mieliśmy i tyle. Z drugiej strony...gdyby mi ktoś kiedyś zaoferował wyjazd na Filipiny z deszczem na 100% - brałabym w ciemno! Pod warunkiem, że nie musiałabym za to płacić :)))

      Usuń
  3. Asiu pochlonelam...hetele super zarcie naprawde bajeczne,my tylko w jednym hotelu mieli bleeee �� Asiu ja czekam juz na CDN ���� Lenus

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki Lena :) Przede wszystkim dziękuję, że zostawiasz tu zawsze swój ślad :))) Ciąg dalszy już się tworzy..

      Usuń
    2. Bardzo mi się podoba i wpis i Filipiny pomimo deszczu też ciekawe. South Palms i okolice fajne. Mimo pogody udało Wam się wycisnać z Filipin 95%. Czekam na dalsze części. Magda B.

      Usuń
    3. Witaj Madzia :) Przed naszą podróżą, w myślach układałam sobie plan na kolejny pobyt - północ Filipin i Coron. Niestety mam teraz obawy czy do niego kiedyś dojdzie. Hehe...chyba, że zamówię u szmana pogodę! :)

      Usuń

Copyright © 2017 Wojaże Słowików